czwartek, 9 września 2010

Reaktywacja podejście drugie

Cóż, może tym razem, nie rzucę słów na wiatr...

wtorek, 11 maja 2010

Forma Dziennika - Reaktywacja

Tak! Stało się w ramach bezrobotnej przerwy przy zmianie studiów wreszcie znajdę czas i może trochę popiszę.

czwartek, 10 grudnia 2009

Przemijanie

Zima jakoś nie chce się urodzić. Prawdziwa zima. Niby ma jeszcze prawie dwa tygodnie, ale niestety wygląda na to, że po raz kolejny będzie szaro, bezśnieżnie i zimno. Zima... A jeszcze niedawno pisałem o wiosennej samotności, zimowa też jest dobra, tylko, że palce grabieją przy czytaniu. Lepsza od samotności była by chyba ucieczka w inny świat, ucieczka całkowicie niemożliwa, od codzienności, ale niestety rzeczywistość skrzeczy, niestety pustym portfelem i nawet na wyjazd w góry niestarcza.

Miałem pisać o zdejmowaniu i wieszaniu krzyży, ale rzeczywistość i kłótnie wokół tego... Aż się nieprzyjemnie robi. Miałem pisać o tym więcej, ale stwierdziłem, że cały ten temat jest już tak męczący, że mogę się zmieścić w jednym zdaniu. Jak dla mnie mogą wisieć, nie rozumiem jak symbol religii, której się nie wyznaje może ranić czyjeś uczucia. Wszak, skoro się jej nie wyznaje, to ten symbol jest dla nas neutralny (poza przesłaniem kulturowym). Jak dla mnie mogą wisieć krzyże, półksiężyce, gwiazdy Dawida, posążki buddy, a przed szkołą może stać kapliczka Jurojina. Z panem Bogiem i panią Bogną.

Miałem pisać o tym, że Ponyo nie zostanie pokazany w polskich kinach, mimo wcześniejszych zapowiedzi. Żałosne, to wszystko co mam do powiedzenia ludziom z Monolithu.

Miałem pisać o kolejnych rozgrzebanych opowiadaniach i rozgrzebanym scenariuszu dla Baranka, ale i o tym nie napiszę.

Życie toczy się dalej, a ja coraz mniej widzę radości w studiach. Czy to moja wina, czy wina wykładowców, którzy nie są w stanie ciekawie prowadzić zajęć, czy też po prostu, nieszczęsna Japonia wypiera, ukochaną Europę Środkowo-Wschodnią z taką siłą i z taką prędkością. Cóż poradzę. Japoński to pierwszy język, którego nauka sprawia mi przyjemność.

Zastanawiam się, skąd się wzięła ta Japonia w moim życiu. I ni jak nie mogą oprzeć się wrażeniu, że jest to kwestia Legendy 5 Kręgów. Gdzieś potem pojawiła się Manga i Anime.
Można pomyśleć czytając ten dziennik, że Japonia moja to tylko M&A. Ale tak to jest, że każda sztuka, czy twórczość niesie ze sobą jakiś bagaż kulturowy. I ta kultura okazała się niesamowicie pociągająca.
W czym tkwi tajemnica? Co nagle sprawia, że odkrywamy coś jednocześnie fascynującego i oczywistego, przy swojej oczywistości jednak dalekiego i niedostępnego.
Teraz stworzyłem sobie jakąś Japonię. Z Książek, zdjęć, filmów. Teraz Uczę się japońskiego. Ale filmy, książki, zdjęcia - to tak jakby podrzeć na kawałki obraz Gauguina i kazać dziecku posklejać w całość. Poznawanie kultury, sztuki języka, to kolejne kroki, kroki na drodze do Japonii, ciekawi mnie co tam kiedyś odnajdę. wszak jak stwierdził Oscar Wilde
In fact the whole of Japan is a pure invention. There is no such country, there are no such people

sobota, 7 listopada 2009

Inteligent w krainie anime

I felieton powstał szybciej, niż się spodziewałem. Wena przyszła ...





Inteligent w krainie anime.


Anime, czyli mówiąc dokładniej japońska animacja, wciąż jest u nas produktem niszowym. Mimo, iż w branżowych sklepach znajdziemy pełne półki anime, czy mangi (czyli komiksowego pierwowzoru anime), to w dużych sklepach sieciowych wciąż zdarzają się, jakże nonszalanckie błędy, które powodują, iż produkcje dla dorosłych, lub starszych widzów stoją w dziale bajki, tuż obok filmów z wytwórni Disneya.


Podobnie jest z kinami, gdzie wciąż nie uświadczy się anime, może poza filmami Hayao Miyazakiego, jednakże ten reżyser, z pewnością pozostający w gronie najwybitniejszych twórców w japońskiej animacji, jeśli nie najwybitniejszy jej przedstawiciel, tworzy filmy, które można pokazać za równo dorosłym, jak i młodszym widzom (proszę, o wybaczenie za tą opisowość, jednak sformułowanie „film dla każdego”, czy „film familijny”, kojarzy się wprost z przeciętnymi amerykańskimi produkcjami, którymi katują nas telewizje).


W naszym kraju, wciąż jeszcze pokutuje przekonanie, że kreskówka (ten typowy termin określający uproszczoną euro-amerykańską animacje, nijak nie może być uczciwie zastosowany do jakże dopieszczonej w szczegółach animacji japońskiej) jest przeznaczona dla dzieci.


Popularne jest również przekonanie, iż anime to głównie produkcje na poziomie pokemonów, dragonballa, czy dobrze pamiętanego przez ludzi w moim wieku Yattamana, wydaje się to być powodem rugowania tejże formy sztuki z kręgu zainteresowań inteligentów, a przecież co rok powstaje wśród wielu serii przeciętnych i kiepskich, tych kilka dobrych, a czasem nawet wybitnych. Wszak trudno znaleźć wśród produkcji europejskich, czy amerykańskich twórców seriali, którzy starali by się wykorzystać fakt, iż są one te dwa, czy trzy razy dłuższe niż film, w celu na przykłąd pogłębienia rysu psychicznego bohaterów.


W ten sposób zamyka się pewne koło, w kraju nie ma inteligentnego anime, gdyż nie ma na nie zapotrzebowania, a zapotrzebowania nie ma, bo potencjalni odbiorcy uważają, że jest to, mówiąc wprost, głupie i nie wiele warte.

Na tym problemy inteligenta oglądającego anime się nie kończą. Ostatnio dojrzałem, iż w jednym z poświęconych tematyce mangi i anime pisemek, znajduje się wywiad z panem Mamoru Oshim, jednym z lepiej znanych reżyserów, odnośnie jego przedostatniego filmu Sky Crawlers. Sam film, który w moim osobistym rankingu filmów inteligentnych, znalazł się na samym szczycie, tuż obok Siódmej Pieczęci, Bergmana , przeszedł w kraju bez echa, mimo, iż można by zachęcić ludzi by przyszli do kin, chociażby faktem ,że w filmie z tak egzotycznego kraju jak Japonia , znalazły się tak bliskie polakowi miejsca jak Pałac Kultury, czy krakowska Starówka.


Niestety, żeby przeczytać wywiad z reżyserem, trzeba kupić za 16zł pisemko, w którym nie znajdziemy, wiele innych mogących zainteresować inteligenta treści. Trochę drogo.


Podsumowując, polski inteligent starszego pokolenia, nie ma możliwości zaznajomienia się, z dość dużą ilością filmów wybitnych, gdyż nigdy się o nich nie dowie. Młody inteligent natomiast, może mieć problemy z przekonaniem innych, że to co ogląda, jest wartościowe i warte obejrzenia, a nawet jeśli przekona, to pozostaje mu drugie, kto wie, czy nie trudniejsze zadanie, przekonać, tego starszego, by usiadł przed ekranem komputera i obejrzał dzieło z angielskimi napisami.

piątek, 6 listopada 2009

Zapowiedźi, zapowiedzi...

Tu już chyba nikt nie zagląda, biorąc pod uwagę moją nieregularność w tworzeniu.
W każdym razie, w ciągu najbliższych tygodni powinno się pojawić kilka tekstów.

- recenzja Promised Place, Beyond the Clouds; pełnometrażowego debiutu Shinkai'ego Makoto
- recenzja (lub jakaś jej wariacja) dramy Death Note
- i wreszcie, może uda mi się wymęczyć jakiś felietonik, ale to może być trudne...

poniedziałek, 26 października 2009

Kigeki

Ileż piękna można zawrzeć w dziesięciu minutach? Dużo, bardzo dużo. I nie szkodzi nawet, że krótkometrażowy film Nakazawy Kazuto zostaje umieszczony podczas Irlandzkiej Wojny o niepodległość (tej XVII wiecznej) i zupełnie nie pokrywa się z realiami historycznymi. Pozostaje to sprawą drugorzędną wobec historii dziewczynki, która prosi o pomoc w obronie swojej wioski przed anglikami, tajemniczego czarnego szermierza. W zamian ofiarowując mu, tylko książkę.

Przepięknie opowiedziana i zanimowana historia, z dobrze dobraną muzyką Schuberta w tle.

niedziela, 6 września 2009

Ponyo - Recenzja

Nie doczekawszy się od Monolithu odpowiedzi, czy najnowszy film Miyazakiego wejdzie w Polsce do kin także w oryginalnej wersji językowej, postanowiłem wziąć sprawy we własne ręce. Do kina pójdę już tylko po to, by ocenić polski dubbing i zobaczyć graficzne mistrzostwo Ghibli na dużym ekranie.
Pokrótce: W łodzi podwodnej mieszka sobie pan Fujimoto, który na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie troszkę brzydszej wersji Hauru, nienawidzi ludzi, których oskarża o zaśmiecanie oceanu. Wśród jego podopiecznych znajduje się mała rybka (właśnie tytułowa Ponyo), która przypadkiem zostaje znaleziona na brzegu i uratowana, przez pięcioletniego chłopca imieniem Sosuke, chłopiec chce by rybka została z nim, lecz Fujimoto nie zawaha się upomnieć o swoją podopieczną.
Veni Vidi Miyazaki, chciało by się rzec. Grafika jest bez zarzutu, muzyka stworzona przesz Joe'a Hisaishiego też świetna, a ending jest gorszy chyba tylko od tego z Tonari no Totoro. Ale wspaniałej grafiki, czy muzyki należy wymagać od produkcji studia Ghibli jako standardu.
Fabuła, tu zaczynają się problemy, oglądając film, można odnieść wrażenie za długiego wstępu, ponadto w klimacie filmu przez większą jego część brakuje tego ostatniego guzika, owej kropki nad przysłowiowym "i". To dopełnienie przychodzi, lecz, mam wrażenie zbyt późno, choć może wobec samego mistrza, mam po prostu zawyżone wymagania.
Drugim (i ostatnim) zarzutem jest sposób pokazania fauny, zbyt fantastycznej, nie pasującej do realnego świata.
Postacie są ciekawe, choć graficznie podobne do wszystkich innych postaci Miyazakiego, jednak jest to już niejako wpisane w poetykę, jego filmów. Bardzo dobrze dobrani Seiyu, co stwarza pytanie co to będzie z polskim dubbingiem, należy liczyć, że będzie równie dobry jak w Spirited Away.
Podsumowując, odradzam tym, którzy zarzucają Miyazakiemu infantylizację i zbytnie "ubaśniowienie" swoich produkcji. Polecam z pewnością wszystkim ghiblifanom i ludziom lubiącym ciepłe, mądre kino.
Jak zwykle Miyazaki-sensei, pozwala wierzyć, że świat jest może trochę lepszym miejscem niż wydaje się na pierwszy rzut oka.
Forma Dziennika, Michał Bauer, Europa, Anime, Japonia, felietony